Bezsensownie wydawane pieniądze

Ten wpis miał dotyczyć zabawek. Parę lat temu pisałam artykuł o idealnych zabawkach dla dzieci. Moje miały wtedy niecałe 2 (Maja, Tymon) i 4 lata (Kuba). Tytuł brzmiał – Idealne zabawki i powstał po rozmowie z dziecięcym psychologiem. Jako, że prowadzę bloga również o dzieciach, pomyślałam o odgrzaniu tego tematu i po analizie ówczesnego tekstu, zmieniłam koncepcję – chcę napisać o bezsensowanie wydawanych pieniądzach, a kwestia zabawek jest tylko wierzchołkiem góry lodowej.

Miesiąc temu zrobiłam  w garażu wiosenne porządki. Po 3 latach od przeprowadzki do nowego domu, nie dało się do niego wejść. W kartonach poupychanych gdzie się da odkryłam tonę dziecięcego plastiku, pluszaków, puzzli, drewnianych klocków, książek, ubrań, butów (nie tylko dzieci). Po oszacowaniu zawartości pudeł, stwierdziłam, że jest w nich utopione dobrych parę tysięcy, w większości n i e d o o d z y s k a n i a. Po paru godzinach porządków, mini kontener na rupiecie o objętości 1 m3 (można taki zamówić w MPGK) został wypełniony po brzegi. Małż zrobił 3 kursy z zabawkami do przedszkola, a ja wyniosłam 10 niebieskich plastikowych worków z IKEA do kontenra PCK. Parę dni później, ktoś zrobił włam do tego kontenera – rozwalił zamek, drzwi były otwarte, gdzieć obok walał się mój stanik. Idąc z psem na spacer, w pobliskim lasku natknęłam się na gacie, koszule i bluzy małża (firm nie wymienię) i wtedy trafił mnie SZLAG. Nie na bumów, tylko na nas – na siebie i Piotrka. Kurde, tak poprostu wywaliliśmy tyle kasy do lasu!

Nie będę oryginalna w twierdzeniach, że nasz świat jest przeżarty konsumpcjonizmem. Że winne są Chiny, tania siła robocza, sieciówki, wyprzedaże, ble, ble, ble. Pytanie jest inne – czy ktoś nas zmusza do tych cholernych zakupów? Nie! Piotrek był fanem wyprzedaży, kupuje w Stanach, głównie na Black Friday. Nawet poza Black Friday w USA jest taniej niż w UE, tym sposobem obrośliśmy toną zbędnych szmat.

Mając trójkę dzieci, też nie potrafiłam racjonalnie oszacować ilości potrzebnych ubrań. O butach nie wspomnę. Prosty przykład – jadąc na wakacje każde z nich ma przynajmniej 4 pary – crocsy, sandały, adidasy, kalosze. Razem daje to 12 par! W domu pozostają trampki, sandały trekkingowe, Majki balerinki, trzewiki. Zimą jest lepiej – tylko ciepłe trzewiki i śniegowce :/ Jeśli chodzi o typy kurtek, kamizelek, sweterków i bluz – aż strach się bać!

A teraz przejdźmy do zabawek i mojego poprzedniego artykułu. Pani psycholog zasugerowała, że pewne problemy wychowawcze u moich dzieci, brały  się z braku naszej konsekwencji i życia “bez planu dnia”. Zasugerowała zmniejszenie liczby zabawek przynajmniej o ⅔ i pochowanie ich do szuflad, kontenerów, tak aby nie miały do nich cały czas dostępu (oczywiście te uwagi dotyczyły maluchów, bo trudno ograniczyć dostęp do zabawek 6-latkom, chyba że mają karę), nie kupowania zabawek seriami, bo prowadzi to do mani zbieractwa i kolekcjonerstwa. Wszystko super, uwagi przyjęłam na klatę, wcieliłam w życie, tylko jak to się stało, że znowu utonęliśmy w zabawkach?

Faktem jest, że gdy pojawiają się dzieci, pojawiają się i zabawki. Przy pierwszym dziecku brak nam doświadczenia, kupujemy wszystko jak leci. Jeśli pojawia się drugie, a jest innej płci, znowu kupujemy. Przy trzecim już wszystko mamy, nie mamy tylko miejsca do życia. Ale to nic nie szkodzi, przecież zawsze można gdzieś upchać dodatkowe graty, znoszone przez babcie, dziadków, wujków i ciocie. Bo dzieciaczki MUSZĄ coś dostać, albo coś WYMENDZIĆ. Osobiście nie cierpię okresu od listopada do grudnia. Tak się składa, że moje bliźniaki urodziły się w listopadzie, więc obowiązkowo są prezenty. Kuba mimochodem też coś dostaje, chociaż urodziny ma w lipcu. Później jest Mikołaj, a na dokładkę Boże Narodzenie. W Sylwestra mam na chacie burdel.

Moje dzieci mają teraz fazę na  klocki Lego. Niechcący do dużego zestawu dołączono poglądową książeczkę o produktach. Nie dość, że codziennie muszę słyszeć o SUPER FAJNYM ZESTAWIE, który każdy CHCE na: urodziny Kuby, urodziny Tymona, urodziny Mai, na Gwiazdkę, za Zająca – Srająca, to wszędzie natykam się na klocki – poczynając od kibla, kończąc na doniczce w ogrodzie. Plus jest taki, że dzieci nie chcą bawić się niczym innym, chyba, że moim ipadem (całe szczęście, że ipad jest drogi, więc nikt z rodziny nie przewiduje kupna trzech – żeby KAŻDY MIAŁ SWÓJ), więc od jutra zaczynam kolejną selekcję i wyprzedaż na allegro.

Jeśli ktokolwiek, kto jest dziadkiem, babcią, chrzestnym czy po prostu idzie w odwiedziny, na urodziny do rodziny z dziećmi i przeczytał ten wywód, niech się dziesięć razy zastanowi, czy WARTO KUPIĆ JAKIŚ PREZENT i czy dzieciaki NA PEWNO go tak bardzo potrzebują, bo chyba sam nie wywaliłby min. 50 zł od tak do kosza na śmieci. Ja od “afery” z kontenerem szczegółowo analizuję każdy ciuchowy, dzieciowy i koniowy wydatek (pomijam fakt, że w przeciągu roku mój koń dorobił się 10 derek ;/)

Co do szmat, podjęłam wyzwanie – chcę być totalnie MINI. Robię zestawy na dwa sezony wiosna/lato i jesień/zima. Każdy z nich chcę ograniczyć do 20 (max 30) sztuk (nie licząc majtek i skarpet). Nie wiem, jeszcze jak przekonać do tego P…, bo dzieci w tej kwestii głosu nie mają i mieć nie będą.

Oczywiście nie namawiam do takiego stylu życia wszystkich. Znam Jedną Taką Panią (bardzo, bardzo ją lubię), która jest urodzoną zakupoholiczką, mieszka w Stanach, a kupuje bezpośrednio w Chinach (bo jest dużo, tanio i fajnie) i potrafi wykorzystać wszystko, co ma w szafie, na szafie i pod szafą i jeszcze obdaruje tym Polskę :)

  • ania

    Usmialam sie pozdro Ania Ch. :)