Bo będziesz mieć karę!

Ostatnio złapałam się na tym, że mam zestaw fraz, które bardzo często serwuję dzieciakom. Są to te z serii “Najczęstsze kłamstawa jakie mówimy dzieciom”:

  • Bo będziesz mieć karę.
  • Mówię po raz ostatni, nie będę powtarzać.
  • Jeszcze tylko minutkę – sprawdzę maila/pocztę.
  • Jeśli nie zjecie obiadu, nie dostaniecie kolacji.
  • Nie będziecie w weekend oglądać bajek.
  • Spróbuj, NA PEWNO będzie ci smakować.
  • Taaaak? Nie przypominam sobie…
  • Zaraz wrócimy z powrotem do domu, jeśli się nie uspokoicie.

Moje ulubione – “Bo będziesz mieć karę”, wypowiadam chyba 10 razy na dobę. Zawsze największe awantury między dzieciakami są wtedy, kiedy ja pichcę na dole, albo ogarniam jakieś teksty, a u góry słychać w…jące nieustanne ryki. Wtedy od razu rzucam jedno hasło – “Jeśli się nie uspokoicie, będziecie mieć karę”! I co z tego wynika? Oczywiście NIC. W ogóle zauważyłam, że popularna metoda wychowawcza kija i marchewki, czyli system kar i nagród się nie sprawdza w przypadku całej trójki, bo:

  • Nie jestem konsekwentna w egzekwowaniu kary. Niestety często dla chwili spokoju, gdy muszę popracować włączam ten pieprzony telewizor, a gdy w weekend jest ładna pogoda nie umiem odpuścić wyjścia na rower/hulajnogi.
  • Żadna kara nie sprawiła, że dzieci “na zawsze” zaprzestały określonych złych zachowań – przede wszystkim lania się i pyskowania.
  • Musiałabym wprowadzić system odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli jedno nie może wieczorem w weekend oglądać na projektorze kina, a dwójka może, to co mam zrobić z ukaranym?! Zamknąć w swojej sypialni?
  • Maja ma totalnie wywalone na zdania w trybie warunkowym.

– Ja: “Jeśli nie zjesz obiadu, nie dostaniesz deseru.”

– Maja: “I co z tego, nie będę mieć dziur w zębach. Poza tym i tak nie mam ochoty!”

  • Jeśli coś obiecam dzieciom, to bardziej skupiają się na tym, żeby szybciej i byle jak wykonać zadanie, niż na samym zadaniu, żeby miały frajdę, że zrobiły coś super.

Okazało się, że moje problemy z dziećmi idealnie zostały opisane i wyjaśnione w bardzo fajnym tekście z WO, na który natknęłam się w niedzielę, pt: Kara nie uczy dobrych zachowań. Ona tylko powstrzymuje te niedopuszczalne.

 Pani psycholog mądrze stwierdziła, że kara to pewnego rodzaju tresura – ma spowodować natychmiastowe przerwanie jakiegoś złego zachowania, ale tylko w sytuacji zagrażającej bezpieczeństwu dziecka, gdyż  kara sama w sobie nie jest dla dziecka nauką. A nauka ma być taka – nie zachowuj się tak, bo to ci się nie opłaca.

Jeśli nie chcemy niepożądanych zachowań, np. marudzenia, głośnego zachowania w restauracji, darcia się w domu, bicia, powinniśmy wcześniej omówić i ustalić zasady. Mają być krótkie np. myjemy ręce, nie krzyczymy, siedziemy przy stole, nie przepychamy się. Wcześniej ustalamy, że jeśli dzieciak naruszy któryś z punktów poniesie konsekwencje (ustalmy jakie, tak aby dziecko wiedziało, że złe zachowanie nie popłaca)np. dostaje na koniec dnia krzywą buzię. Jeśli do końca tygodnia nazbiera kolejne 2 – nie idzie w weekend na plac zabaw/do kina itp.

Dzieci nas olewają dlatego, że zbyt często straszymy je karą, której i tak później nieegzekwujemy. Brak konsekwencji powoduje, że dzieciaki zaczynają nas testować – “Skoro ostanio byłem niegrzeczny, a i tak poszliśmy na lody, to tym razem może też mi się upiecze”.

Niestety w moim przypadku bardzo trafna okazała się diagnoza, że dzieci źle się zachowują, bo w ten sposób zwracają na siebie uwagę rodzica. Nie interesujemy się dzieckiem, które ładnie koloruje, czekając na posiłek w restauracji. Reagujemy dopiero wtedy, gdy zaczyna się wiercić, marudzić, szturchać z rodzeństwem. W ten sposób uczymy je, że najławiej o naszą uwagę, gdy robimy coś wbrew zasadom.

Konkluzja – chwalmy nasze dzieci, za to, że poprostu są “grzeczne”. Co więcej, najgorszą karą dla przedszkolaka, jest jego olanie. Dwulatka bez problem można wsadzić do kojca, jeżeli gryzie siostrę/brata. Na mojego Kubę nie działa metoda “do kąta” lub “karny jeż”. Jest za duży i za silny. Próby “usadzenia go na siłę” skończyłby się szarpaniną. Nic na niego nie działa lepiej, niż totlany ignore. Burczy, burczy i zazwyczaj zasypia na kanapie – to jego time out.

Często nie panuję nad swoimi emocjami, a jestem dorosła. Pomaga mi wtedy trzaśnięcie drzwiami i pójście z psem na spacer. Dzieciaki z natury rzeczy nie potrafią panować nad swoimi emocjami, dlatgo powinny mieć swój time out na wyciszenie. Ważne, by nie traktować tego jako karę :

 To nie ma być karny stołek, promowany jakiś czas temu w popularnym programie telewizyjnym. W tym umówionym miejscu dziecko nie musi siedzieć na baczność, ani stać twarzą do ściany. Chodzi o to, by opanowało tam swoje emocje bez wyżywania frustracji na innych. Bez kopania, bicia, obrażania itp.

A i jeszcze jedno – nie należy w ramach kary odbierać dziecku czegoś, na co umówiliśmy się przed złym zachowaniem, tylko ustalić jakieś zasady wcześniej.

U mnie od niedzieli jest tak:

Jeżeli przez 5 dni (od pon. do pt.) na tablicy będzie więcej krzywych buziek niż uśmiechnietych (przyznaje je na koniec dnia, za całokształt zachowania), w piątek wieczorem nie ma kina (odpowiedzialność zbiorowa, ma sprzyjać dialogowi, trójca ma się nauczyć, że jeśli któreś nie ustąpi, to i tak wszyscy wyjdą na tym źle :) za to ci, którzy mają więcej uśmiechniętch buziek – będą mogli pograć na ipadzie. Jeśli wieczorem, nie chcą sprzątać pokoju – od razu zabieram klocki Lego na cały następny dzień.

rodzice nie kłamią