Jestem rodzicem – mogę wszystko

Na tegoroczne ferie zabrała się z nami babcia – chciała pobyć zimą na świeżym powietrzu i posłużyć za support przy obsłudze trójki dzieci, które uczyły się jeździć na nartach. Moja mama stwierdziła, że za jej czasów (kiedy ja byłam mała) nie było widać tylu rodziców z małymi dziećmi, którzy wszędzie je zabierają. Miała na myśli głównie tych wózkowych, którzy są pod stokiem narciarskim. Konkluzja miała pozytywny wymiar – fajnie, że aktywnie spędzają czas i nie czują, że dzieci ich w jakikolwiek sposób ograniczają.

Dla mnie nie taki stan rzeczy nie jest zaskakujący, gdyż od pierwszej ciąży zewsząd jestem bombardowana akcjami pt: „z dziećmi i dla dzieci“ – pilates dla kobiet w ciąży, nauka pływania dla niemowląt, zajęcia fitness dla mam z dziećmi, kawiarnie dla dzieci, knajpy dla dzieci , ośrodki wczasowe dla dzieci, itp itd.

Wszystko super, tylko mam wrażenie, że teraz niektórzy rodzice uważają, że z dzieckiem mogą tak samo uczestniczyć w sferze publicznej, jak bez niego. Co więcej oczekują od reszty zrozumienia, a każde krzywe spojrzenie jest równoznaczne z ich dyskryminacją.

Wg mnie dzieci nakładają, a przynajmniej powinny nakładać na rodziców pewne samoograniczenia, dlatego, że nie jestem zwolennikiem ograniczania samych dzieci – hamowania temperamentu. Trudno wymagać od niemowlaka, żeby się nie darł, a od trzylatka, żeby grzecznie siedział min. pół godziny przy stole.

Mając trójkę małych dzieci jak ognia unikałam i do tej pory unikam knajp, galerii handlowych i wszelkiego rodzaju skupisk ludzkich. Jeśli chcę iść do restauracji i mieć frajdę z jedzenia – dzieci zostawiam w domu, bo wiem, że ich zachowanie może irytować innych użytkowników lokalu (a są w miarę „grzeczne“- głupie określenie na zachowanie dzieci). W cale nie czuję się tym faktem skrzywdzona przez los, bo decydując się na dzieci, zdawałam sobie sprawę, że pewne przyjemności muszę odłożyć na jakiś czas.

kids in restaurant

Podtykanie dziecku ipada, czy iphona, tylko po to, żeby je na jakiś czas spacyfikować jest dla mnie ostatecznością, stosowaną w przypadkach kiedy MUSZĘ iść z nimi do restauracji, czy też innej publicznej placówki „dla dorosłych“, gdzie nie ma kartek i kredek, albo nie mam w torbie zagadek. Jest to jednak mniejsze zło, niż stękająco-kwękająco-wrzeszczący bachor (bo wtedy większość ludzi tak postrzega nasze dziecko).

Jeśli zakupy, to tylko sama. Nie rozumiem sensu ciągania ze sobą dzieci po galerii handlowej. Nie dość, że trzeba mieć oczy dookoła głowy, to jeszcze słyszę non stop mendzenie. Rozwalają mnie mamusie w przymierzalni, które non-stop upominają dzieciaki, albo pipczą, że przymierzą jeszcze dwa sweterki, a jak synuś/córcia będą grzeczne to pójdą na lody. Idź babo na te lody, a sweterki zamów na zalando, albo przymierz je kiedy indziej.

Rower – jaki sens ma jazda na rowerze z 2,5 latkiem, który ledwo przebiera nogami na rowerku biegowym i pchanie się z nim na ścieżkę rowerową? Nie lepiej iść na spacer do parku?

Kurde, czy tylko dla mnie jest oczywiste, że skoro dziecko któryś raz z rzędu drze sie jak oszalałe w jadalni (jest jeszcze leżące), to znaczy, że nie toleruje tego miejsca, że przeszkadza innym dookkoła i że lepiej poprostu z nim wyjść, a nie usilnie próbować je uspokoić, albo zlewać i trzymać w wózku? Że chyba lepiej zjeść oddzielnie, ale w spokoju, niż razem z mężem/partnerem, ale w stresie. Chyba, że jest się tak wyluzowanym, że nie dostrzega się innych dookoła.

Sorry ale uważam, że są pewne miejsca, do których nie trzeba ciągnąć ze sobą dzieci, jeśli nie ma takiej konieczności. To, że są przyjazne dla dzieci, bo mają np. kącik zabaw, wcale nie oznacza, że tylko rodzice mają na nie monopol.