Mam dosyć!

Przeczytałam dzisiaj bardzo mądre zdanie – Tylko szczęśliwy rodzic, może wychować szczęsliwe dziecko. Tylko jak być szczęśliwą, skoro przepełnia mnie złość.

Na co konkretnie? Na życie, na jego pierdołowate składowe, które nie układają się po mojej myśli. Myślę, że byłabym w stanie codziennie stworzyć listę przynajmniej 5 rzeczy, które podwyższają mi ciśnienie. Przykład z wczoraj:

  1. Enty poranek z rzędu z dzieckiem/dziećmi w łóżku, które kopie, wierci się, pstryka w nos, drażni psa (który znowu śpi mi na głowie) itd, itp (wiele matek powie, że nie doceniam wspólnych chwil na przytulanie – nie, nie doceniam. Chcę w weekend pospać trochę dłużej w komfortowych warunkach).
  2. Pierwszy widok po przebudzeniu – sterta prania wyspująca się z kosza. Czy w tym domu, tylko ja jestem od prasowania, składania prania, zwijania w kulki 40 par skarpeterk ???
  3. Maraton w Katowicach – nieprzejezdne pół miasta.
  4. Dlaczego ci którzy jadą z naprzeciwka i ich pas ruchu jest zablokowany przez zaparkowane samochody, wymuszają pierwszeństwo?! Dlaczego JA muszę zwalniać do 20 km/h, bo jakiś debil za….la 60 km/h?!
  5. Słoneczny, piękny dzień lepiej spędzić aktywnie poza domem, niż przed TV ale skoro MATKI nie ma w domu (bo jestem ZNOWU u konia) to NIE DA SIĘ zorganiować wyjścia bez niej.
  6. Dlaczego ZAWSZE muszę się zapytać dzieci przed wyjściem, czy wysikały się i napiły, bo jeśli tego nie zrobię, na bank jeden będzie mendził, że umiera z pragnienia, druga, po 10 minutach od wyjścia z domu, stwierdzi, że chce się jej sikać. (Trzeci jakoś potrafi sam ogarnąć takie sprawy – więc DA się być SAMODZIELNYM i działać bez NAWIGACJI).

Czy potrafiłabym znaleźć 5 pozytywów…Let me think…

  1. Była ładna pogoda.
  2. Pojechałam z Siwym na spacer do lasu.
  3. Nie musiałam gotować, obiad był u babci.
  4. Zjadłam sernik i watę cukrową (chociaż nadaje się do minusów).
  5. ?????????
  6. ?????????

Wygląda na to, że jestem maklonentem: grymaśnikiem, tetrykiem, zrzędą, gderaczen, narzekaczem. Myślę, że dzieciaki, mąż uważają mnie za upierdliwca. Jeśli ktoś komuś non stop truje za uchem, to się go nie słucha i kółko zamknięte. A ja po prostu jestem zmęczona i znużona bezsilnością, bo wkurzają mnie rzeczy na które nie potrafię mieć wpływu.

Chciałabym mieć wszystko pod kontrolą i jechać na zielonej fali, a tu co chwila jakieś “shit happens”.  Codzienne durne czynności składają się przynajmniej na 50% dnia i tutaj pojawia się pytanie – czy wykonywać je mechanicznie, pogodzić się, że taki jest system i skupić się na drugich 50 procentach, czy ciągle się buntować? Bunt jest dobry, jeśli jest konstruktywny, w moim przypadku powoduje tylko wewnętrzną frustracje, bo nic nie zmienia.

Chyba warto zmienić swoje podejście do życia, bo zżera mnie stres, wkurzam się o głupoty, klnę jak szewc, a wymagam od dzieci “bycia grzecznym” – nie drzeć się, miło się odnosić i nie używać brzydkich słów. Nie chcę, żeby moje narzekanie wywoływało u nich w początkowej fazie głuchotę na jakiekolwiek uwagi, a po 15 latach usłyszeć, że matka tylko mendziła i doprowadzała do permanentnego wkurwienia, bo “zajmowała się TYLKO domem”.

Najlepszym lekiem na rozładowanie stresu jest ruch. Teraz widzę, że zamiast wkurzać się na dzieci, że chcą roznieść chatę po szkole/przedszkolu lepiej wyjść na spacer. I w ogóle chyba lepiej dla wszystkich jest, jeśli wieczorem ZNOWU jadę do konia, a jak wracam jestem tak padnięta, że nie widzę tony prania, walających się skarpet i majtek w łazience i jest ciemno, więc kłaki psa na schodach i pod kanapą nie kłują mych wrażliwych oczu, więc nie mam powodu by znowu wygłaszać jakieś uwagi.

PS. Tato naszych dzieci, znajdź sobie jakiś sport dla zdrowia… psychicznego!