Mój konik – hobby po trzydziestce

Zawsze podziwiałam osoby z pasją, które z determinacją poświęcają czas i pieniądze na ich realizację, bo umówmy się, każde hobby (z jakim zetknęłam się u swoich znajomych, czy rodziny) wymaga chociażby minimalnych nakładów finansowych. Najciekawsze z nich to: rajdy samochodowe, szkolenia psów, konstruowanie dronów, kolekcjonowanie kieliszków do wódki (tak Kasia, to o tobie ;). Oczywiście są też bardziej tradycyjne opcje: muzyka, literatura, podróże, taniec.

Od niedawna w mojej rubryce hobby mogę wpisać jeździectwo. W sumie ten temat pojawił się w moim życiu jakieś 25 lat temu, ale po szkole podstawowej umarł śmiercią naturalną. Czemu?? Sama nie wiem. Być może nie byłam na tyle zdeterminowana, by w przeciwieństwie do moich koleżanek, wstawać w weekend o 6 rano i “cisnąć” do stajni trzema środkami komunikacji miejskiej, żeby godzinę pojeździć na tzw. rekreantach (szkółkowych konikach, które wożą na swoim grzbiecie przynajmniej 4 osoby dziennie).

Sytuacja uległa zmianie 2 lata temu, gdy na wakacyjnym wyjeździe do agroturystyki oświadczyłam małżowi,  że idę pojeździć konno. Totalnie nie wiem, skąd ten odpał, ale tym sposobem rozpoczęłam moją przygodę z końmi po raz drugi. Codziennie wieczorem ubierałam getry, wychodziłam do stajni i czułam, że w końcu jestem na wakacjach (przez cały dzień wakacje miały dzieci).

Konie totalnie mnie wciągnęły. Nie przypuszczałam, że po wczesnych pobudkach fundowanych mi przez ostatnie 6 lat, cokolwiek będzie wstanie wyciągnąć mnie w weekend rano z łóżka. Nie przypuszczałam, że po trzydziestce będzie mi się chciało uczyć czegoś od  podstaw, bo umówmy się w kwestii spraw końskich byłam TOTALNYM laikiem. Teraz jestem już tylko laikiem :)

Nie wiem jakim cudem udało mi się przekonać małża do kupna konia. Do tej pory twierdzi, że go wymusiłam nieustannym mendzeniem. Chyba nigdy wcześniej (poza doprowadzeniem bliźniaków, które były wcześniakami, do ładu i składu) nie widział mnie tak zdeterminowanej do osiągnięcia celu. Moje hobby jest pierwszą wywalczoną przeze mnie sprawą. Wiedziałam, że MUSZĘ postawić kropkę nad i I MIEĆ COŚ TYLKO DLA SIEBIE. Brzmi egoistycznie? Nie zaprzeczam – tak jest. Moje hobby to odskocznia od dzieci, pracy, domu, garów. Traktuję je jako WYNAGRODZENIE za swoje poświęcenie przez ostatnie lata.

W stajni czuję się trochę jak nastolatka, zagubiona, nieśmiała, niepewna swoich umiejętności i wiedzy. Brakuje mi jednak młodzieżowego spontanu – gdzieś tam wisi nade mną poczucie odpowiedzialności za trójkę dzieci, bo konie to jednak sport sprzyjający urazom. Niestety zaliczyłam już parę poważniejszych gleb ale What happens on parkour, stays on parkour.

Moje hobby wymaga pewnie większej kasy, niż kupowanie książek, ale umówmy się, nie trzeba mieć bogatego męża, by spełniać swoje zachcianki. W moim przypadku jest to kwestia pewnych wyrzeczeń – nie mam ciśnienia, żeby co miesiąc kupić sobie nowy ciuch, kosmetyki, czy chodzić do kosmetyczki. Umiem się bez tego obejść, większą frajdę sprawia mi kupno Siwemu musli czy pary nowych ochraniaczy :)

Wydaje mi się, że większym problemem niż pieniądze jest czas. Gdy świeci słońce, nie da się być równocześnie w parku z dzieciakami na hulajnogach i na dżygitach po polach. Sziwnens (Siwy, Paradoks) nigdy nie wygra z dziećmi, ale dzięki niemu mam gdzie uciekać i to aż na trzy godziny. Każdy kto ma dzieci, wie co mam na myśli. Małż może i burczy, że ciągle siedzę w stajni, ale dzięki temu w końcu nauczył się głośno czytać bajki na dobranoc i grać w UNO.

konik_moje_hobby_2