Szkoła, o szkole, och ty szkoło!

U nas właśnie zaczęła się szkoła. Podchodzę do tego faktu mniej nerwowo, niż cztery lata temu, kiedy Kuba poszedł do przedszkola ;)

Czas leci nieubłaganie i faktycznie większość z nas – rodziców, nie może uwierzyć, że już nadszedł czas na szkolną ławkę. Na naukę nigdy nie jest za wcześnie, jednak jest zasadnicza różnica w tym, w jaki sposób wiedza jest przekazywana dzieciom. Mam w domu trójkę dzieci – siedmiolatka i dwoje sześciolatków. Pomimo tego, że wszyscy pochodzą z tego samego „środowiska“, mają przekazywane te same wiadomości, różnica w ich przyswajaniu i percepcji jest zasadnicza.

Kuba dzisiaj zaczyna swoją przygodę ze szkołą. Do pierwszej klasy idzie jako siedmiolatek, bo miałam taki wybór –jest z drugiej połowy roku. Jest onieśmielony, ale pozytywnie nastawiony na nowe wyzwania. Nigdy nie daliśmy mu odczuć, że właśnie kończy mu się dzieciństwo. Przeciwnie – ma czerpać z nowych doświadczeń garściami i zamęczać Panią milionem pytań (bo my już mamy dosyć :), poszukiwać odpowiedzi na wszystkie nurtujące go pytania o świecie. Chciałabym, aby właśnie szkoła nie zabiła w nim tego entuzjazmu, nie zrobiła z niego trybiku w jakimiś tam słabym, średnio funkcjonującym systemie. To, że spędził dodatkowy rok w przedszkolu, pozwoliło mu nabrać pewności siebie i faktycznie „dorósł“ do etapu szkolnego – sam zauważył, że przedszkole wyczerpało pewną formułę poznawania świata.

Fakt, czy nauczy się czytać i koślawo pisać rok wcześniej, czy rok później w perspektywie jego całego życia nie ma totalnie znaczenia, jednak to czy będzie chodził do szkoły z uśmiechem, nie będzie „odstawał“ od reszty, bo uczy się wolnej (bo porostu jest młodszy, jego zdolności motoryczne nie są jeszcze w pełni ukształtowane), bo myli prawą stronę z lewą i płacze z powodu jakiś głupot i nie umie usiedzieć w ławce – ma znaczenie zasadnicze. Nigdy jako rodzic nie będę utrudniać życia swoim dzieciom i robić im „pod górkę“, bo ktoś inny mi tak „każe“ i dlatego odroczyłam moje sześciolatki. Nie chcę by chodziły do tej samej klasy, co Kuba.

Mam gdzieś, że ktoś może mnie uważać, za „przewrażliwioną mamuśkę, która nie jest w stanie ocenić zdolności poznawczych własnych dzieci i hamuje ich rozwój“. Sorry, ale kto może cokolwiek na ten temat wiedzieć – czego i jak uczą się moje dzieci, na jakie dodatkowe zajęcia uczęszczają, ile znają literek w alfabecie i czy potrafią liczyć do 100.

Maja i Tymon pójdą do szkoły za rok. Będą mieć siedem lat, emocjonalnie będą bardziej dojrzali, będą mieć „mocniejszą rękę“, „mniej mrówek“ w tyłku, dłużej i łatwiej się skupią – będą po prostu lepsi od pozostałych w klasie. Jestem o tym przekonana na 100%.

PS. Co do szkolnych sklepików – uważam, że nie powinny sprzedawać słodkich, gazowanych napojów, ale z czekoladą, drożdżówkami to już lekka przesada. Nie widzę powodów, by MOJE dzieci nie mogły sobie ich kupić. Jeśli nie chcę, żeby je jadły – nie daję kasy, tylko sama szykuję zestaw fit do szkoły. Moje dzieci jedzą w domu pełnowartościowe śniadanie – z reguły owsiankę z miodem, dostają kanapki z sałatą, mają obiad w szkole. Mają wyrobione z domu i z przedszkola nawyki żywieniowe. Dzieci wiedzą, co jest zdrowe, a co nie. Poza tym nie są grube, dbam o to, by się dużo ruszały i nie uważam, że jeśli zjedzą czekoladę, bo mają zmułę, źle wpłynie na ich wagę. Mam nadzieję, że spakowanie jakiś owsianych ciastek lub kawałka czekolady, ani przyniesienie urodzinowych cukierków nie będzie przestępstwem.

Kurde dlaczego ciągle ktoś decyduje o tym, co jest dobre dla moich dzieci, a co nie????? Może jeśli urodziłoby je za mnie państwo i zapłaciło za opiekę medyczną, przedszkole, zajęcia dodatkowe – plastkę, basen, tenis, dołożyłoby się do kupna trzech rowerów, rolek, hulajnóg, współfinansowałoby wyjzady na narty i obozy sportowe, książki przyrodnicze, geograficzne, wycieczki krajoznawcze, to chyba nie miałabym pretensji o to, że w zamian chce mieć wcześniejsze roczniki, zdrowotnie wydolne, bez obciążeń kardiologicznych do zapieprzania na emerytury i niewydolny ZUS.